Jerzy Ogonowski
Źródło: Publikacja własna "WiM"
Wpadka
W ostatnim roku liceum mieszkałem w internacie, bo rodzice wyprowadzili się do Wrocławia, a ja na klasę maturalną nie miałem ochoty zmieniać szkoły i przystosowywać do siebie od początku nauczycieli. Miałem już swoje grono kolegów, z którymi się uczyłem, nawet w internacie okazało się to łatwiejsze do zorganizowania, co przed maturą nie było bez znaczenia. Ale życie w internacie, poza rodziną, a więc znacznie bardziej samodzielne, ma swoje prawa. W Cieplicach grasowała wieczorami grupa chłopaków, którzy od czasu do czasu obtłukiwali kogoś: a to dyrektora fabryki zabawek, a to jakiegoś nieostrożnego i swobodnie przemieszczającego się w nocy po ulicach lekarza. Jeden z tych bandycików był nam znany, bo w internacie mieszkała też jego "dziewczyna", która wprawdzie miała imię, ale on znał tylko imię na "k". Ponieważ mieszkaliśmy na parterze, a dziewczyny na piętrze, Krzysio od czasu do czasu, spluwając i klnąc, zwracał się do nas z "prośbą", aby przywołać mu jego "k". Gdybyśmy tego nie zrobili, zapewne dostalibyśmy niezłe manto przy najbliższej okazji. Traf chciał, że jednego wieczoru byłem w pokoju sam, bo cała trójka gdzieś wybyła. Do otwartego okna podszedł Krzysio i, jak zwykle spluwając, powiedział - "zawołaj mi te moją K". Niewiele myśląc, a raczej w ogóle, poszedłem na drugie piętro do pokoju dziewczyn i po grzecznym zapukaniu, wszedłem i zaanonsowałem: "Krzysio prosi, żeby ..." itd. I ku mojemu przerażeniu usłyszałem głos wychowawczyni, która akurat siedziała z dziewczynami: "Powiedz temu Krzysiowi, że Basia nie może przyjść, bo nie ma czasu". Zaczerwieniony przeprosiłem i zwiałem czym prędzej. Zdarzenie miało też swe następstwa, ostatecznie pozytywne. Po pół godzinie przyszedł do nas do pokoju dyrektor liceum, który mieszkał też w internacie. Byliśmy już w komplecie i opowiedzieliśmy mu, na czym polega nasz kłopot, że jesteśmy narażeni na obicie przez tę grupę, jeśli odmówimy. Dyrektor sprawę zrozumiał i zawarliśmy taką umowę: kiedy Krzysio przyjdzie, pójdziemy zawołać Basię, ale jednocześnie powiadomimy też dyrektora, a on niby przypadkiem Krzysia nakryje. Ostatecznie sprawa zakończyła się tak, że i wilk był syty, i owca cała. Dyrektor pewnego dnia zrobił, jak obiecał i Krzysia spłoszył. A my nadal byliśmy szanowani przez bandziorków i nawet raz otoczyli nas, powracających ze szkolnej zabawy, ale kiedy zapalili latarki, zawołali: "A to są z internatu! Chodźcie z nami do "Norwega", była to knajpka w drewnianym domku. Poszliśmy i gdy tylko nadarzyła się okazja, prysnęliśmy.
Gdybym widział, to z pewnością nie miałbym takiej wpadki z wychowawczynią, poprosiłbym dziewczyn, żeby pożyczyły mi jakiś zeszyt i tyle.
Zaproszenie do tańca
W szkole podstawowej wpadaliśmy na przeróżne pomysły, oszukując samych siebie. Nie było to niczym zdrożnym, jako że wszyscy byliśmy niewidomi. Na jednej z zabaw Władek wpadł na pomysł, aby obrócić marynarkę podszewką na wierzch i ustawić się pod ścianą obok dziewczyn w oczekiwaniu na zaproszenie do tańca. Jerzy podszedł i dotknąwszy gładkiej podszewki zapytał: "Mogę prosić?" Na to Władek, który miał głęboki bas i uczył się śpiewu solowego, odpowiedział śpiewająco: "Zażyj tabaki".
aaa
9.2. Jesienne dumania Bączka
Bączek
Źródło: Publikacja własna "WiM"
Ostatnio moja bączkowa przyjaciółka pożaliła się, że chciała pojechać do Barcelony, ale nie miała z kim, a w biurach podróży poinformowano ją, że biura nie są przystosowane do obsługi inwalidów i nie przewidują pomocy dla podróżnych niepełnosprawnych.
Zadumałem się jak najpoważniej. Co ma zrobić niewidomy czujący ciągotki turystyczne? Odpowiedź jest pozornie prosta: wykupić wycieczkę, wsiąść do samolotu lub autokaru i pojechać w świat. Tyle że niewidomy, bagatela - musi polegać na przyjaznych oczach i pomocy ich posiadacza.
Komfortowa sytuacja to podróż w gronie rodzinnym. Bywa jednak, że rodzina mieszka daleko, albo nie jest zainteresowana, bo jedzie w komplecie towarzysko-rodzinnym kilkoma wypasionymi samochodami. Pozostają znajomi, ale ci albo nie są skłonni do wyjazdów, albo nie są zasobni i oczekują, że niewidomy zapłaci za ich pobyt. Jest to zbyt kosztowny wariant. Bywa również, że znajomi wolą działkę, wyjazd na wieś, ale nie w dalekie kraje.
Czasami zdarzają się śmiałkowie, którzy samodzielnie wypuszczają się z kraju licząc na zaradność, szczęście i wcześniejsze kontakty. Takich osób jest niewiele i nie stanowią wzoru do naśladowania, bo też nie każdy ma niezłomnego ducha Wojciecha Cejrowskiego czy Martyny Wojciechowskiej.
Ale też w naszym środowisku są osoby ze zróżnicowanym stopniem widzenia i w nich pokładam nadzieję. Otóż marzy mi się grupa wsparcia skrzykująca się na określony termin i trasę, grupa, w której osoby niedowidzące pomagają niewidomym przejść, dostać się tu czy tam i wspólnie pozwiedzać.
Jako inny wariant marzy mi się biuro podróży dla niewidomych skupiające także wolontariuszy, którym "po drodze" do danego miejsca.
Związek i liczne organizacje działające na rzecz niewidomych nadal kroczą utartymi szlakami, a to jakieś szkolenia, a to jakieś szukanie słabych i mocnych stron beneficjenta, a to drzwi otwarte a światło zapalone. Czyżby nikomu nie wpadło do głowy, że niewidomi są także ciekawi świata, ale też unieruchomieni za sprawą barier technicznych.
aaa
9.3. Mruczę i prycham
|